Intensive.
piasek nad morzem. drżenie rąk. zbyt mocna kawa wypijana jednym haustem. dym i lekkość słów. szampan. loff. obrazy. zapach, jej. uczucie ciepła. imprezy na których nie ma prostych kobiet. ogień. cisza. podróż ciągła podróż.

filmy. tell me your loves.
October 12, 2009
z niedzieli na poniedziałek.

Przemykam. Dzień, noc, dzień, tydzień, miesiąc, semestr, sesja, rok, lata, 18, 19, 20, 21. Stop.

Tutaj się zatrzymujemy i szybko analizujemy efekty działań. Nikłe są. Niby coś robię, niby ciągle gdzieś gonię, niby za czymś biegnę; a ciągle nie dzieje się nic. Niby jest jakiś sukces, z Anią dobrze, pies nie zeżarł mnie przez sen mimo wszystko. Dużo robię, niewiele udaje mi się zrobić o wszystkim zapominam. Gadanie, zabieranie, przeszkoda, myśl żeby zwolnic (bo trudniej niż myślałem) i nagle ciach, koniec, kolejna myśl… Jedyne co się nie zmienia to stagnacja. Od roku nie było dnia który bym pamiętał. Nie ma nie wiem trzeciego kwietnia który na zawsze wryje mi się w pamięć. Są tylko ciągi zdarzeń. Przepływające z jednego w drugi dni.

To nie jest tak że coś nie wychodzi, to nie jest nawet tak ze wychodzi byle jak. Problem stanowię ja, niezmiennie taki sam w tej samej rzeczywistości. Wyciągam wnioski zaraz potem je wypierdalam bo po co to trzymać.

And if I die today I’ll be the happy phantom
And I’ll go chasin’ the nuns out in the yard
And I’ll run naked through the streets without my mask on
And I will never need umbrells in the rain
I’ll wake up in strawberry fields every day

Gdzie są te obiecywane trzęsienia ziemi. Gdzie te zmiany, gdzie ciągłe wyzwania, nowe rzeczy do zdobycia. To co, teraz już będzie tak nudno przerzucanie cyferek, prześlizgiwanie się między godzinami? Wyrzuć czarną bluzę bo brzydka, kup brązową marynarkę bo dorosłeś. Krawat ma pasować. Egzamin zdaj. Zdać musisz. Zdasz (chyba zdałeś nawet). Kolejny egzamin. Nie martw się za pół roku będą następne. Kolejnej zimy też się na jakieś załapiesz. W pracy poznasz pojęcie ewaluacji o ile wiedza ta nie słynie na Ciebie wcześniej. Palisz, wyzwalasz się. Myśli płyną nieskrępowane, śpisz. Wstajesz. Marynarka, koszula, korek, spotkanie. Kurwa się wyzwalasz, w istocie serwujesz sobie tylko namiastkę życia. W istocie serwuję sobie tylko namiastkę tego co obiecywali, chuje nakłamali wszyscy, książki, filmy.

W rzeczywistości jest diabelnie nudno. Wszystko co nieprzewidywalne dawno już się zdarzyło i nikt o tym nie pamięta.

Dziś naprawdę chcę żeby w ziemie zakurwiła wielgachna asteroida, żeby egalitarnie i po przyjacielsku wyjebała wszystko w pył. Atomowej zimy kurwa chcę niech to wszystko wyzdycha albo chociaż przerzedzi się. Nie mogę znieść tej nudy, braku granic bylejakości, monowzorców, uniwersalizmu, globalnej wioski, całego tego gówna.

Nie można już wybierać, nie bardzo jest między czym.
Nie otwierajcie pudełek, cieszcie się, że są te czerwone.